Zagraniczny staż wakacyjny w IT: rekrutacja


it, praca, studia / niedziela, Kwiecień 21st, 2019

Przedmiot badań: studentka ⅔ roku informatyki (it’s complicated), <1 rok doświadczenia komercyjnego, ostatnio głównie Java/Spring, w porządku C/C++, SQL, trochę pythona, trochę Scali, trochę frontów. Generalnie „programuję w czym aktualnie potrzeba”. Rekrutacji lokalnie kilka zaliczyłam, miałam pierwsze doświadczenia zawodowe i całkiem nieźle porozumiewałam się w obcym języku. Wydawało mi się zatem, że żaden staż za granicą nie będzie mi straszny. Ani pod względem wiedzy z IT, ani pod względem emocjonalnym.

 

Skąd pomysł na staż, skoro miałam już pracę?

Cóż, po pierwsze: chciałam wyjechać gdzieś dalej i praca za granicą wydała się najrozsądniejszym narzędziem do tego. Po drugie: moja ówczesna praca obejmowała różne webappowe zagadnienia, a ja chciałam poznać też dalszy świat. Poza tym czułam, że nie dawała mi wystarczająco samodzielności i po kilku miesiącach nie stawiała już żadnych wyzwań. Natomiast miałam jeszcze przed sobą co najmniej rok studiów w Polsce, więc opcja wyjazdu na dłużej niż 3-4 miesiące nie wchodziła w grę. Po trzecie: jest to popularny sposób spędzania wakacji w moim otoczeniu i niemalże must-have, jeśli chodzi o studenckie doświadczenia.

 

Jak szukać?

Zaczęłam dosyć standardowo od gigantów pokroju Google’a, Facebooka, Twittera etc. Głównie dlatego, że znałam osoby, które były tam na stażu, więc wydawało mi się to naturalną ścieżką. Złożyłam też CV do P&G, Jane Street i Goldmana, bo były to firmy, które kojarzyłam z jakichś eventów. Z Palantira zaprosiła mnie rekruterka na LinkedInie. Potem znalazłam jeszcze wątek na Reddicie r/csmajors, w którym ludzie wymieniali się swoimi doświadczeniami z rekrutacji. Głównie były to opowieści o amerykańskich stażach, ale znalazło się też sporo europejskich miejscówek, z których część mi się spodobała. Na samym końcu wpisałam w wyszukiwarkę (bodajże glassdoor) hasło “summer internship 2019” i klikałam w co ciekawsze linki. Proces szukania ofert i wysyłania CV zajął mi około 2 miesięcy, ale nie robiłam tego zbyt regularnie ani nie miałam żadnego ścisłego planu.

companies for it internship
Tutaj lista od jakiegoś randoma z reddita. Nie ręczę za nic, ale może komuś też posłuży za inspirację

 

Wrażenia z “Wielkiej Piątki”

W skrócie: dość mocno się zawiodłam na największych firmach, o których rekrutacjach słyszałam wiele legend i miałam spore oczekiwania. Proces Google’a na pewno był jednym z najsprawniejszych. Składał się z niezobowiązującej pogawędki z rekruterką, a potem umówieniem się na dwie techniczne rozmowy. Same rozmowy wspominam jako dosyć stresujące, bo byłam na nich skrajnie niewyspana i zmuszona do rozmawiania przez kamerkę, która mnie zawsze bardzo dekoncentruje. Na obu rozmowach dostałam po jednym prostym zadaniu typu “spośród n liczb znajdź taki przedział, w którym…” albo stworzenie jakiejś prostej klasy, która wykonuje konkretne czynności. Jedynym utrudnieniem było zapisanie rozwiązań w Google Docsach i stale widoczna twarz pana rekrutera przed oczami. W mieszance stresu i braku snu mój mózg się kompletnie wyłączył i zostawił mnie samą na polu bitwy. C’est la vie. 😉

Przygodę z Facebookiem zakończyłam na krótkiej rozmowie z rekruterką i pytaniu o wynik pięciu różnych działań w SQL-u. Na każdą moją odpowiedź pani reagowała entuzjastycznym, brytyjskim “fantastic!”, po czym nigdy już od niej niczego nie usłyszałam.

Goldman miał jedne z – moim zdaniem – bardziej upierdliwych zadań na hackerranku (banalne algorytmicznie, ale wymagające dziwnych operacji na stringach). Ale tutaj porażka jest pewnie po mojej stronie, bo uparłam się, żeby rozwiązać wszystko możliwie najbardziej elegancko i optymalnie, więc spędziłam sporo czasu nad rzeczami, które pewnie nawet nie były brane pod uwagę.

Z Jane Street i Palantirem rozmowy mi w miarę dobrze szły i byłam generalnie zadowolona ze swoich rozwiązań i atmosfery. Ostatecznie dostałam odpowiedzi odmowne, ale sam proces wciąż miło wspominam.

Ogólnie większość zadań od tych najbardziej “prestiżowych” firm nie wymagała szczególnych mocy intelektualnych, a wytrenowania się w typie zadań, którymi testują kandydatów. Później internet potwierdził moje przeczucia, dostarczając historie osób, którym się udało dostać dopiero po dokładnym przerobieniu “Cracking the coding interview”. Nie mam nic do takiego podejścia, ale nie jest do końca zgodne z moimi przekonaniami. Za bardzo przypomina mi przygotowania do matury czy podobnie generycznego egzaminu. Zdecydowanie wolę problemy, które wymagają większego algorytmicznego kunsztu i po wymyśleniu rozwiązania zakładamy, że potrafimy je zakodzić w skończonym czasie i nie musimy tego udowadniać w ciągu 20 minut.

Dalsze poszukiwania

Dosyć zabawną rekrutację miało P&G. Po przejściu testu psychologicznego, testu na logiczne myślenie (w sensie zgadywania, jakie figury geometryczne pasują do wzorca – nie cierpię) i godzinnej video rozmowy pt. “co bym zrobiła gdyby *wstaw trudną sytuację w zespole*?” dostałam zaproszenie do Genewy na wykonanie kolejnego testu. Tutaj kompletna porażka była całkowicie po mojej stronie. Mail ze szczegółami dotyczącymi spotkania trafił do SPAM-u, gdzie spokojnie leżał niezauważony, aż do telefonu ze Szwajcarii “już 10:00, czy zamierza się pani w końcu pojawić?”. 🙂

Udało mi się też przejść rekrutację w jednym big data start-upie z Oslo i kilku firmach zajmujących się szeroko pojętym Data Science. Ostatecznie najlepsze wrażenia miałam po dwóch rozmowach z jedną z austriackich firm zajmującą się Internet of Things i to na nią ostatecznie się zdecydowałam.

Generalnie wszystkie pozostałe rozmowy polegały głównie na opowiadaniu o sobie i o tym, co do tej pory w życiu robiłam. W moim przypadku było to wymienianie, że jestem studentką, że na studiach robiłam to i tamto, miałam takie przedmioty, że pracuję od pół roku w takich technologiach i dla takiego przemysłu, że robiłam takie i takie fragmenty aplikacji. Największym wyzwaniem dla mnie było skompresowanie tego wywodu do kilku minut, żeby jednocześnie nie zanudzić i nie opowiadać zbyt szczegółowo, ale też nie mówić samymi ogólnikami.

Po moim monologu zwykle następowała seria pytań dotyczących moich doświadczeń. Czy kiedyś spotkałam się z większym konfliktem w zespole? Czy obecnie wolę się uczyć wielu różnych, nowych rzeczy czy raczej poświęcić czas na zgłębienie jednego konkretnego obszaru? Czy miałam sytuację, w której na chwilę przed deadlinem zmieniły się wymagania (bitch, please, nie znam innego życia)? I tak dalej.

Nie wiem, czy moja próbka badawcza wystarcza do obiektywnej oceny, ale zależność była taka, że duże firmy typu Google miały zwykle bardzo ustandaryzowaną rekrutację, w której czułam się niemal jak maturzystka podchodząca do egzaminów, a te mniej znane z bycia rekinami software’u zazwyczaj zakładały, że skoro mam techniczny background i potrafię o nim opowiadać przez godzinę, to nie potrzebują dodatkowych testów. Ten drugi rodzaj doświadczenia był dla mnie o wiele milszy, bo czułam się jak człowiek, którego ktoś faktycznie chce poznać.

Tips&tricks

Przede wszystkim:

  1. Zaczynać wcześnie

    Większość rekrutacji startuje w okolicach października, a najwięcej rozmów przypada na grudzień/styczeń. Polskie oddziały firm (z wyjątkiem Google’a i pewnie kilku innych przypadków) zaczynają za to zwykle dopiero koło marca/kwietnia.

  2. Edukacja w CV

    Błądząc po Redditowej jaskini, przejrzałam trochę CV amerykańskich/brytyjskich studentów. To, co mnie mocno zdziwiło, to podkreślanie odbytych informatycznych i matematycznych kursów na studiach. W Polsce spotykałam się głównie z niewielkim szacunkiem dla wykształcenia wyższego (często poniekąd słusznie), więc zaskoczyło mnie to nagłe chwalenie się nim ze szczegółami. Uznałam jednak, że dodanie podobnej rubryki do CV może mi przynieść jedynie korzyść. Mogłam u siebie wymienić zdecydowanie więcej kursów niż amerykańscy koledzy i były one znacznie bardziej zaawansowane. Wydaje mi się, że po tej zmianie zaczęłam dostawać więcej ofert, ale żeby cokolwiek stwierdzić, musiałabym usłyszeć opinię od rekruterki, która faktycznie zajmuje się kandydatami z wielu krajów.

  3. Projekty w CV

    Zawsze słyszałam, że młode osoby powinny się pochwalić przede wszystkim swoim kodem i projektami, które zrobiły. Natomiast w życiu się jeszcze nie spotkałam, żeby ktokolwiek zajrzał na mojego githuba. Moi starsi koledzy też zwykle ograniczali się do rzucenia okiem na edukację, doświadczenie i umiejętności w CV i po tym decydowali, czy ktoś trafia na rozmowę czy nie. Nie dziwię się, samej nie chciałoby mi się zaglądać w żadne portfolio. Większość moich rozmów wyglądała tak, że człowiek po drugiej stronie otwierał sobie moje CV i zaczepiał mnie o kolejne rzeczy, które z niego wyczytywał. I tutaj strzałem w dziesiątkę wydało mi się opisanie 2-3 większych rzeczy, które zrobiłam razem z technologiami i moją rolą w projekcie. U mnie była to aplikacja pisana w ramach zespołowej pracy licencjackiej i koło algorytmiczne, która założyłam z kolegami w naszym dawnym liceum. Rekruter miał o co zagadać, ja miałam o czym opowiedzieć, CV było “na bogato”. Win-win-win.

  4. Stres

    Największym problemem w trakcie tych rekrutacji były problemy sprzętowe, bo większość firm używała do rozmów aplikacji chodzących tylko na Windowsie. Poza tym brytyjski angielski przez telefon to jedno, a brytyjski angielski przez telefon w głośnym pomieszczeniu i z koszmarną jakością połączenia to inny poziom piekła. 🙂 Wiadomo, że w którymś momencie wejdzie stres, ale mi było o wiele milej, kiedy już pogodziłam się z tym, że często będę coś psuć i nie wszystko pójdzie idealnie. Rozmawiam w obcych językach, z obcymi ludźmi, którzy mnie oceniają, z pomocą wadliwej technologii… Nie ma szansy, żeby realizować cokolwiek według ściśle ułożonego planu. Już sam fakt kontaktu z rzeczywistymi ludźmi oznacza, że w grę wchodzi mnóstwo losowych czynników.
    Ja sama spieprzyłam sporo rzeczy. Mogę tylko gdybać, co by było, gdybym nie zarwała tych dwóch nocy przed skypem z Googlem. Albo gdybym napisała odpowiednio wcześnie do rekruterki z P&G, że nie dostałam jeszcze od niej odpowiedzi i czy na pewno nic nie zaginęło.

    Świat się jednak nie zawalił, moja kariera nie legła w gruzach, więc widocznie można żyć dalej z wieloma porażkami na koncie. Paradoksalnie uspokoiłam się też, kiedy pogodziłam się z tym, że NIE będę w czasie tych rozmów spokojna i zrelaksowana. Jedna rzecz, że jakakolwiek rozmowa telefoniczna (już nie mówiąc o video…) wymaga ode mnie niewyobrażalnej ilości energii, bo taka moja cecha osobnicza, to jeszcze mam być w czasie tej rozmowy oceniania z każdej strony. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek się dobrze bawił w takich warunkach. Ale przeżyć się da. I nawet dostać to, po co się przyszło.

A jak będzie ostatecznie – przekonam się w lipcu. 😉