Multitasking to zło?


psychika, studia / sobota, Kwiecień 21st, 2018

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie usłyszałam na temat organizacji czasu, była złota rada, aby skupić się na jednej rzeczy. Bo wykazano, że wtedy produktywność wzrasta, bo jak się coś zaczyna, to trzeba skończyć, bo ma się poczucie, że praca idzie do przodu. W skrócie: multitasking-multisrasking.

I tu pojawiam się ja. Zawsze kilkanaście zakładek w przeglądarce, czas wypełniony rozmaitymi, mało spójnymi ze sobą zajęciami, z których w żadnym nie osiągam mistrzostwa, ciągłe żonglowanie zadaniami. Nie jestem w stanie słuchać audiobooków, bo wydają mi się za wolne, video tutoriale przyśpieszam kilkukrotnie. Zdarzyło mi się prowadzić angażującą rozmowę, patrząc w oczy rozmówcy i jednocześnie pisać na laptopie.

I nie, ludzie nie reagują na to dobrze.

Not sure if good at multitasking or bad at concentrating

Jaki mam główny problem z multitaskingiem? Zazwyczaj żadnej z wykonywanych rzeczy nie robi się na 100%. Wymyśla się takie rozwiązania, które działają, ale niekoniecznie są optymalne. Z zazdrością słuchałam więc o ludziach do reszty poświęconych swojemu CELOWI, którzy w ustalonym czasie potrafią skupić się na jednej pracy i cierpliwie wykonywać ją aż do końca/przerwy na kawę.

Rozpoczynając studia, postanowiłam więc zmienić w końcu swoje nawyki. Kierunek trudny, więc cały materiał wymagał wzmożonej koncentracji. Porzuciłam otwieranie laptopa w czasie wykładów, czytanie podczas zajęć, niezwiązane z kierunkiem zajęcia, które wymagałyby mojego zaangażowania i odroczyłam wszystkie osobiste projekty na migające gdzieś daleko za horyzontem wakacje.

Najgorszy rok mojego życia.

Owszem, zaliczyłam go i z satysfakcją mogłam zajmować się już wszystkim innym (przez te dwa wrześniowe tygodnie, które zostały do kolejnego semestru). Z satysfakcją, ogromną frustracją i poczuciem pustki w środku (i nerwicą, ale o tym jeszcze nie wiedziałam :)).

Z nostalgią wspominałam organizację licealnego festiwalu, przy której kipiałam energią, czy kręcenie własnych filmów, przy których zajmowałam się po trochu realizacją wszystkiego. Wówczas jednak na samą myśl o jakiejkolwiek pracy umysłowej miałam ochotę pójść spać. Wiedziałam, że długo tak nie wytrzymam.

timetable

W nowym roku wróciłam już do starej organizacji pracy. Przestałam w czasie zadań trzymać swój umysł na smyczy, żeby tylko nie odpłynął do innego tematu. Raz, że traciłam na to wiele energii, dwa, że miałam wrażenie, że mój mózg uparcie próbuje wypełnić czymś te niewykorzystywane wątki i jeszcze silniej szuka sobie dodatkowego zajęcia.

Ponownie pozwoliłam więc sobie podążać do celu we własnym tempie. Tak, robiąc wiele zadań jednocześnie nie widzi się tak szybko efektów żadnego z nich. Nie ma się też po krótkim czasie satysfakcji z ich zakończenia. Ja jednak kocham tę dynamikę!

Nie, nie twierdzę, że to remedium na wszystkie problemy z organizacją i że u kogokolwiek poza mną to zadziała (choć jest na to duża szansa, bo na pewno nie jestem aż tak wyjątkowa). Być może nie jest to najefektywniejszy sposób realizacji projektów. Być może w pewnych warunkach jest niemożliwy. Ale to doświadczenie nauczyło mnie, jak bardzo trzeba się słuchać siebie i patrzeć z dystansem na wszystkie otrzymywane rady.