Kilka myśli na temat kobiecości


Lifestyle, psychika / niedziela, Wrzesień 9th, 2018

Kiedy miałam 6 lat, twierdziłam, że chcę być chłopcem. Zresztą wszystkie moje prace w przedszkolu były podpisywane “ASIAK”, co nie brzmiało mi wcale jak dziewczęce imię. Dzisiaj wiem już, że nie chciałam być tak naprawdę chłopcem – chciałam być neutralna. Chciałam wyrzucić wszystkie sukienki i zawsze nosić swoje ulubione legginsy. Odbijać piłkę, układać klocki, czytać książki i mieć zwolnienie od szkolnych, rodzinnych i społecznych reguł.

To nie tak, że nie lubiłam tych sukienek, kwiatków czy motylków. Nie cierpiałam jednak tego, jak mnie traktowano w sukienkach, kwiatkach i motylkach. Nagle ze zwykłej, prostej Asi, która mogła robić, co chciała, stawałam się słodką Asieńką, która miała spokojnie siedzieć, ślicznie wyglądać i przyjmować komplementy od dorosłych. Nagle każdy wokół miał jakiś obraz mnie, który zupełnie do mnie nie przystawał. Nienawidziłam tego. To było jak brać udział w rozmowie na własny temat, w której wszyscy cię ignorują.

Im dalej w okres dojrzewania, tym gorzej. W gimnazjum rodzina cieszyła się, że “przybrałam trochę ciałka”, a ja chciałam usunąć każdy kilogram, który stawiał mnie w ich oczach na jakimś specjalnym piedestale kobiecości. W końcu to zrobiłam. W wieku 18 lat najciaśniejsze rurki były dla mnie za luźne i nawet klasowa anorektyczka zaczęła się o mnie martwić.

W wieku 14 a potem 16 lat poznałam chłopców. Przy obu czułam się kukłą zabraną z innego przedstawienia. Pierwszy chciał mnie postrzegać i dostawać jako kobietę fizycznie, więc wyciągnął ze mnie wszystko, co z kobiety może mieć czternastolatka. Drugi chciał mnie mieć duchowo. Chciał widzieć kobietę wyrozumiałą, anielsko cierpliwą wobec wszystkich krzyków, zawsze wierną i oddaną, z którą mógłby za kilka lat stanąć przed ołtarzem. Od obu uciekłam dopiero, kiedy już wiele ze mnie w środku nie zostało.

Do tej pory wzdrygam się czasem na dźwięk słowa “kobiecość”, ale przynajmniej mnie już nie rani. Dorosłość uczyniła ze mnie niezależną osobę. Kiedy myślę o sobie, to na szarym końcu głowy jest gdzieś moja świadomość, że jestem kobietą. Z drugiej strony jeszcze nigdy nie byłam z tym tak pogodzona. Odbieram to tak jak zawsze chciałam – neutralnie. Na tej samej zasadzie co fakt, że mam niebieskie oczy i pieprzyk na policzku.

Nie lubię, kiedy ktoś to we mnie wypatruje i znowu stawia na piedestale. Nieważne, czy każe się wstydzić, czy każe celebrować. Nie będę opłakiwać ani oblewać faktu, że mam niebieskie oczy, prawda? Mogę je lubić, ale nie czynią mnie ani mistyczną, sensualną nimfą ani grzeszną dziwką. Nie zsyłam dzięki temu na świat harmonii ani grzechu pierworodnego. Siedzę w dresie przed laptopem, jutro wstaję do pracy, wyprowadzam psa i próbuję przeżyć do pierwszego.

Asia Kamsk jako dziecko
Asieńka sexy bomba (PS dalej bym się tak ubrała)

Papież Franciszek powiedział, że to kobieta „uczy nas głaskać, czule kochać i czyni świat czymś pięknym”. Nie wiem, kto jest tą kobietą Franciszka, ja jej nie znam. A i on mógłby poznać więcej niż jedną, to może nie twierdziłby, że wszystkie są takie same.

Nie cierpię tej pseudo-feministycznej myśli, według której kobiety niosą tylko dobro i nie popełniają zbrodni. Odmawianie komuś zła to jak odmawianie komuś wolnego wyboru. Kiedy kobiety będą zasiadać na wysokich stanowiskach, świat nie będzie zbawiony. Będziemy mieć ten sam kapitalizm – z tą różnicą, że CEO korporacji od czasu do czasu włożą może drogą spódnicę.

Przygotowując się do tego wpisu, przeczytałam kilkanaście różnych tekstów na temat kobiecości. Wszystkie wyrażały się krytycznie o obecnej modzie lub współczesnym wzorcu kobiety – w żadnym z nich ten wzorzec nie był taki sam. Raz była mowa o półnagiej kusicielce, raz o psychopatycznej bizneswoman, raz o oddanej żonie i matce, a raz o silnej, wielkomiejskiej dziewczynie, którą definiuje fakt, że pozwala bądź nie pozwala się przepuszczać w drzwiach.

Powiem tak: pracuję sama w grupie z 16 facetami i nie raz prawie dostałam w twarz tymi drzwiami, bo otwierający je przede mną delikwent znajdował się zdecydowanie dalej od nich niż ja. Czasem też panowie paraliżują cały wąski korytarz, byleby nie wejść do biura przede mną. Tradycje mają jednak to do siebie, że nie są zbyt praktyczne, ale póki nikogo nie ranią i nie nabijają mu guza szklanymi drzwiami, mogą być w najlepszym razie miłym dodatkiem do rzeczywistości.

Skoro nie potrafimy nawet ustalić wzorca kobiety, z którym walczymy bądź który lansujemy, to może przestańmy go tak pielęgnować i tyle czasu nad nim spędzać?

Koniec końców w poniedziałek Agata i tak założy swoją codzienną, białą korpokoszulę i zamiast na własnej kobiecości skupi się na tabelkach w Excelu. Pani Krysia ubierze się ciepło, żeby nie zmarznąć na targu, sprzedając swoje wątpliwie kobiece ziemniaki. A Ola włoży do szkoły nowe trampki, które mają też wszystkie jej koleżanki i spróbuje napisać kartkówkę z jakże bezpłciowych bakterii. Ja, ponieważ jestem w tych najbardziej kobiecych dniach miesiąca, założę ciemne, grube dresy i wrócę do łóżka. I każda z nas będzie miała ważniejsze sprawy na głowie niż definiowanie swojej kobiecości.

A jeśli ktoś szuka kobiet ze starych, dobrych czasów Marilyn Monroe, to uprzejmie informuję, że depresja i myśli samobójcze mają się w naszych czasach ś w i e t n i e, więc z łatwością takie znajdzie.