Co mnie najbardziej przeraża w nerwicy?


psychika / niedziela, Czerwiec 10th, 2018

Kiedy pierwszy raz usłyszałam z ust lekarki diagnozę, to poczułam ulgę. Od kilku lat byłam bowiem przekonana, że umrę. Miałam problemy z bólem głowy (pewnie rak mózgu), z biegunkami (rak jelita), czułam silne kłucie w klatce piersiowej (rak serca) i cały czas trzęsły mi się ręce i nogi (nie wiem czego, ale pewnie rak).

Nie mówiłam o tym nikomu, bo bałam się, że mam rację. W myślach natomiast snułam wizje rodziny pogrążonej w żałobie.

No i nagle okazuje się, że to jeden wielki hoax mojej psychiki i nie umrę. Przynajmniej nie teraz. No kosmos.

Kiedy już się oswoiłam z tą piękną myślą, doszło do mnie, że przygoda dopiero się zaczyna. I że dalej będą dni, kiedy nie będę chciała wyjść z łóżka albo spędzę godzinę, płacząc w toalecie na dworcu. Potem doszła do tego świadomość, że mam w sobie dziesiątki zachowań, które szkodzą i mi, i moim bliskim. I że nie wystarczy chcieć znowu żyć normalnie, żeby kolejnego dnia wstać zdrową i szczęśliwą.

 

  1. Że będę musiała wywrócić swoje życie do góry nogami

Myślę, że każdy ma jakieś swoje aksjomaty – pewne przekonania, z których wynika wszystko inne w jego życiu. Trzeba skończyć studia, będę wykonywać swój zawód, uwielbiam moich znajomych, miałam szczęśliwe dzieciństwo, muszę być dobrym człowiekiem. Kiedy rozpoczynasz leczenie, zaczynasz przetwarzać wszystko intensywniej, rozmawiać z terapeutą, szukać przyczyn i wskazówek. I często nagle się okazuje, że kolejne przekonania – szczególnie te tak pewne, że nawet nie traktowało się ich jak osobiste przekonania, ale jak Najsłuszniejsze Fakty Rzeczywiste – są strasznie złudne lub szkodliwe. Że wykonywanie wymarzonego zawodu wyczerpuje do reszty, że każde spotkanie z wieloletnią przyjaciółką sprawia, że czuję się jak gówno, że facet jest toksycznym typem, a własna definicja bycia “dobrym człowiekiem” to tak naprawdę ładnie pomalowana wydmuszka złożona ze stereotypów, konserwatywnych ideałów i wpajanych w “szczęśliwym dzieciństwie” przez rodzinę, szkołę i kościół szkodliwych wartości. Wóz albo przewóz – jeśli chcesz być zdrowa, to potrzebujesz zmian, często trudnych.

U mnie nie było aż tak drastycznie. Owszem, rozluźniłam część znajomości, zmieniłam poglądy i plany na życie i zaczęłam zauważać więcej szkodliwych wzorców wokół siebie, ale działo się to stopniowo i miałam czas na oswojenie się ze wszystkim.

  1. Że nigdy się nie skończy

Nie zliczę, ile już razy myślałam, że jest dobrze. Przychodziłam do psychiatry i zapewniałam, że tak, pani doktor, miesiąc temu, to może jeszcze depresja i załamanie, ale dzisiaj oddycham pełną piersią. A następnego dnia nie wstawałam z łóżka, bo byłam zbyt zmęczona i przekonana, że umrę. Jeszcze więcej razy wpadałam w czasie terapii na tę jedną rewolucyjną myśl, która naprawiała wszystko i tworzyła mi nowe, spójne wyobrażenie o świecie. A chwilę później okazywało się, że to był może jedynie wierzchołek góry lodowej, a może jakiś nędzny kawałek lodu, który rozpuścił się gdzieś na południe od Grenlandii i spłynął do Bałtyku. Przez chwilę myślałam, że jestem już na końcu ścieżki, ale zza rogu wychynęła nowa droga w zupełnie nieznanym kierunku. I boję się, że nigdy nie dojdę do miejsca, w którym stwierdzę, że jestem zdrowa.

 

  1. Że bliscy będą mieli mnie dosyć

Piątek 7:00, piszę: nie spotkamy się na zajęciach, boję się wyjść z domu. Wyjeżdżamy w góry ze znajomymi, wieczorem w schronisku jest dużo ludzi i hałasu, mówię: chodźmy na spacer, nie mogę oddychać. Spędzamy dzień osobno i nagle w mojej głowie pojawia się przekonanie, że zawsze będę sama i nikt mnie nie chce, więc płaczę w słuchawkę. Kilka razy na dzień upewniam się, czy na pewno to, co robię i mówię, jest w porządku. Usprawiedliwiam każdy swój krok. Czasem przy ludziach zachowuję się idiotycznie, bo nie wiem, jak mam się zachować. Nie chodzę na rodzinne wydarzenia, ani do kościoła, bo chcę tam umrzeć po pięciu minutach.

No nie brzmię jak kanon idealnej dziewczyny ani córki.

  1. Że już zawsze będę zmęczona

Przełomowym momentem mojego życia było spostrzeżenie, że nic NIE MUSZĘ. Nie muszę się uśmiechać, kiedy z kimś rozmawiam, nie muszę zagadywać do znanych mi ludzi, kiedy spotykamy się w tramwaju, nie muszę akceptować zaproszenia na wyjazd czy imprezę, kiedy wolę siedzieć w domu. Nie muszę pomagać komuś, nawet jeśli go lubię i nie muszę dzwonić z życzeniami do babci Wiesi, bo nie rozmawiałyśmy od lat i nawet nie wiem, czego mogłabym jej życzyć. Nie muszę wkładać jeansów i koszuli, kiedy najbezpieczniej i najcieplej mi wyjść w dresie. Nie muszę siedzieć jak na szpilkach w autobusie, bo na kolejnym przystanku może wsiąść do niego pani 40 lat starsza ode mnie, a ja jej nie zauważę.

To poczucie braku jakichś sztucznych powinności wobec świata jest wyzwalające, ale wiecie, kiedy nie pomaga?

Kiedy spotykasz się z rodziną swojego faceta i chcesz, żeby choć trochę cię polubili i poczęstowali niedzielnym kurczakiem. Kiedy jesteś na okresie próbnym w pracy, w której – chcąc nie chcąc – liczy się to, czy jesteś lubianą koleżanką i czy można sobie z tobą uciąć pogawędkę przy ekspresie do kawy. Kiedy chcesz mieć jakąkolwiek grupę znajomych, których można by zaprosić na urodziny lub na wspólne piwo wieczorem.

I jeśli masz dni, w które każda z tych czynności napawa cię lękiem i niechęcią do życia, to albo zagryziesz wtedy zęby i uśmiechniesz się do teściowej/szefa/koleżanki z liceum, albo pogodzisz się ze swoim pustelniczym trybem życia. I ja się boję, że te dni nigdy nie miną i zawsze będę się musiała zmęczyć, żeby nie być sama.

 

  1. Że będę znowu głupia

Jak to mówią: “Wiedza jest czymś, czego uczymy się i co zostaje na całe nasze życie.” Czy jakoś tak.

Przez całe lata słyszałam, że to, co mamy w głowie, jest najważniejsze. Bo uroda przeminie, dobytek można stracić, ale to, czego się człowiek nauczył, to już jego.

Gówno prawda.

Przez całe lata byłam typowym prymusem – wiedziałam wszystko i jeszcze więcej. Pisałam najlepsze wypracowania, uczyłam się tekstu na pamięć po jednym jego przejrzeniu, umiałam kombinatorykę na 5+, potrafiłam przypomnieć sobie randomowe fakty z gimnazjalnej geografii, jeśli zaszła taka potrzeba. Budowałam też na tym całą swoją pewność siebie, bo kto mi to odbierze?

Pewnego jesiennego wieczora przez kilka godzin nie byłam w stanie nauczyć się prostego algorytmu wymaganego do dwóch zadań. Potem zauważyłam, że nie potrafię też już żadnego kolejnego. Widzę wzory, rysunki, dowody i dostrzegam nawet, że to łatwe. Ale tego nie rozumiem, nie potrafię odtworzyć, ani uzasadnić. Mogę czytać jedno zdanie dziesięć razy i wciąż nie wiedzieć, o co w nim chodzi. Nie pamiętam najprostszych wyrażeń z języka, którego uczę się od lat, po polsku też ciężko mi się wysłowić. Nie wiem już, co się działo na zajęciach godzinę temu, a co dopiero na tych sprzed lat. Nie mogę się na niczym skoncentrować, więc tuż przed sesją stan wiedzy mam identyczny jak w październiku i żadne zarwane noce i drugie terminy tego nie zmienią. Utknęłam.

Po rozpoczęciu leczenia wróciłam do poprzedniej kondycji. Jednak wciąż są gorsze dni i boję się, że po zejściu z leków nie będę mogła myśleć.

Photo Katie Jay Crawford
  1. To, że mam szczęście

Moje problemy powoli nasilały się przez kilka lat, jednak od momentu, w którym osiągnęłam swój “szczyt” załamania, do momentu, w którym trafiłam do psychiatry, minęło maksymalnie kilka dni. Miałam szczęście, bo moi rodzice stwierdzili, że wyglądam jak gówno i że powinnam iść do lekarza, a nie że “w tyłku mi się poprzewracało i tylko narzekam”. Miałam szczęście, bo mieszkam w dużym mieście i centrum terapii mam pod nosem. Miałam szczęście, bo stać mnie było na zapłacenie 200 zł za wizytę tego samego dnia, leki i godzinną konsultację. I potem za każdą kolejną.

Miałam szczęście, bo mam wokół siebie mądrych ludzi, którzy wiedzą, jak może wyglądać choroba psychiczna i że trzeba reagować, a nie mówić „weź się w garść”. Miałam wielkie szczęście, że to wiedzieli, bo na pewno nie nauczyła ich tego szkoła, media ani żadna popularna kampania społeczna.

 

W Polsce na wizytę u psychiatry czeka się czasem i 6 miesięcy. To znaczy, że gdybym była choć trochę mniej uprzywilejowana, to zamiast w styczniu trafić do lekarza, dzisiaj dalej czekałabym na moją pierwszą wizytę. Biorąc pod uwagę, że doszłam do stanu, w którym nie byłam w stanie zrobić sobie samej jedzenia i planowałam, jak się pożegnać z życiem, to nie wiem, gdzie byłabym dzisiaj. Na pewno nie na studiach, z pracą, chłopakiem, rodziną i jakimiś tam planami na przyszłość.

Tymczasem w Polsce prób samobójczych jest między 100 a 200 tys. rocznie.

Ale to przecież margines, right?